To, co sie juz nie przydarza

Gabriela Krawczyk, Adam Mickiewicz University in Poznan

Jestem na spotkaniu autorskim z Eugeniuszem Tkaczyszynem-Dyckim. Dzieci, które nie zostały w domu z opiekunkami, siedzą obok rodziców i słuchają tembru głosu poety. “Dyciu” wypowiada właśnie słowa najważniejsze dla tego wieczoru; że nie jest ani Polakiem, ani Ukraińcem. Opowiadając o swej chachłackiej babce, okazuje się, że nie jest on nawet chachłakiem. Nie poczuwanie się to ważny powód, dla którego krytycy jego prac posługują się określeniem „wykorzenienie” - by zlepić w jedną całość wszystkie metafory poety, wiersze o wyparciu dziedzictwa jako niewybranego. Podobnie przecież – na zasadzie skojarzeń – powstały słowa-klucze: Herbert-klasycyzm, Szymborska-ironia, lewica-komunizm. To, co zostaje nam bezwarunkowo przypisane, prawie zawsze staje się rodzajem skazy, bo zbyt etykietujące i zbyt ostateczne.

 

Tymczasem o innej sytuacji. Oglądam filmik na Youtube o filozofii minimalizmu. Nagrany został przez panią w białych szerokich ubraniach i spokojnych nogach w pozycji siadu tureckiego. Otoczyła się krajobrazem roślin doniczkowych. Moja mama siada obok i po chwili mówi, że nie wyrzuciłaby tak przydatnych rzeczy, jak książka kucharska. Jeśli pani Paulinie (owej minimalistce) nie podoba się wazon (roztrzaskany już w koszu za domem), to my go z chęcią przyjmiemy. Będzie pasował na salonowy parapet.

 

Pomarańcza i wełniane gryzące swetry. Pralki i lodówki. To właśnie rzeczy, których moja mama (na potrzeby tego tekstu symbol myślenia pokoleniowego) nie wyrzuciłaby. Dziedzictwo komunizmu – testament-niewolą czy wybawieniem dla pokolenia konsumpcjonizmu? Taka perspektywa, mianowicie mentalność posiadania „przydasiów” zostaje dziś coraz częściej zastępowana przez przywiązywanie się do małej ilości przedmiotów wokół nas, niekoniecznie ograniczających się do tych najpotrzebniejszych. Wydaje się wręcz, że hedonizm rzeczy odnalazł swoje współczesne miejsce w wyborach wysokiej jakości produktów. W ten sposób mój wazon, kupiony w internetowym sklepie absolwentki ASP, dla mojej mamy można by zamienić na dwadzieścia kombinacji dekoracyjnych z IKEA. 

 

Każda z tych perspektyw jest ekonomicznym skutkiem warunków dorastania. Punktem zwrotnym, w którym odczuwam najgłębszy (lecz nie bezkrytyczny) szacunek dla tej generacji, był dla mnie czas początku pandemii koronawirusa w Polsce, kiedy to po raz pierwszy poczułam rodzaj pierwotnego zagrożenia. Równocześnie sceptycznie podchodziłam do gigantycznych zakupów w supermarketach, gdy to każdy dzień tygodnia stał się czymś w rodzaju Black Friday, tylko że bez przecen. Jednak o takich odruchach, charakterystycznych dla pokolenia X właśnie, zaczęłam głębiej rozmyślać dopiero po przeczytaniu wpisu Szczepana Twardocha na Facebook’u. Gromadzenie soli i cukru – przecież to już się kiedyś odbyło. A jeśli generacja obarczona historyczną traumą – diagnozuje Twardoch - poczuje podobny stopień zagrożenia, uruchamia instynkt przetrwania. Może liczyć tylko na siebie.

 

Słysząc po raz pierwszy o tragedii, która targnęła w ubiegłym miesiącu polskim światem humanistycznym, pomyślałam: jaka szkoda dla tego kraju, że Maria Janion nie napisze już o przepaści między pokoleniem wychowanym w PRL-u, a ich dziećmi, tak, jak pisała o dziedzictwie romantyzmu (w końcu, jak określa Michał Paweł Markowski w swym artykule dla Dwutygodnika: „W tym sensie, bardzo dosłownym, Janion była wzorem konserwatyzmu: trzeba wszystko zachować, zakonserwować, żeby nie dać bezwstydnej materii forów w walce o przetrwanie”). Jednak dla naszej generacji, wychowanej po roku 1990, epoka wieszczów transmituje echa już tylko w książkach, natomiast mentalność bloku komunistycznego nie uległa całkowitej degradacji – żyje i ma się wspaniale w niektórych domach i ludziach.

 

Czym skutkuje powszechna atmosfera obecności myśli zbieracza wychowanego w czasach komunistycznych? Jako dość czynnie śledząca aktywizm klimatyczny, nie mogę nie wysnuć powiązania, iż do dekadenckich przepowiedni o katastrofie środowiskowej przyczynili się właśnie nasi rodzice, dziadkowie, a może raczej ich próby przystosowania do realiów Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej - a następnie zachłyśnięcie się produktami w alejkach. Gdy piszę o bezmyślnym wydawaniu i gromadzeniu, nie kieruję ostrza w stronę pojedynczych osób, a raczej ku ideałom, czy też modzie, którym ulegli. Obserwuję wśród rówieśników duże pokłady buntu wobec dziedzictwa plastiku. Jest on słuszny – nikt, rodząc się na świat, „nie pisał się” na przymus oczyszczania plaż z foliówek i skutki ocieplenia klimatu, tak jak Dycki nie zgadza się na żadne z określeń wynikających z jego pochodzenia. Jednakże moc buntu uzasadnia się i wzmacnia tylko w połączeniu z mocą empatii. To właśnie wtedy prawdziwie można być razem – nie zważając na pokolenia.