Co jednoczy Polskę? Spalone krokiety i przyjaciółki z Londynu


Kiedy słyszę pytanie o to, co jednoczy Polskę, moje myśli wędrują ku wspomnieniom ze Strajków Kobiet, protestów rodziców dzieci z niepełnosprawnościami, manifestacjom wspierających osoby migranckie i demonstracjom klimatycznym. Najprostszą odpowiedzią na wspomniane wyżej pytanie byłoby przytoczenie momentów, w których my, Polacy_ki, gromadzimy się w imię walki z niesprawiedliwym systemem. Ale sama nie bardzo się zgadzam z takim stwierdzeniem. Intuicyjnie mi się ono pojawia, bo w ostatnich latach dużo rozmawialiśmy_łyśmy o kobietach, które stają ramię w ramię niezależnie od tego na kogo głosowały w ostatnich wyborach oraz o sile złości, która może łączyć pokolenia. Tylko że o ile moja polska bańka bez wątpienia się powiększyła o grupę osób, z którymi nie myślę dokładnie tak samo, to patrząc na całe społeczeństwo – proces polaryzacji nie ustępuje. Podam przykład. Podczas wydarzeń na granicy polsko-białoruskiej, aktywistycznie zbliżyłam się z moją mamą. Gotowałyśmy razem zupy, chodziłyśmy na marsze. A nie zgadzamy się chociażby w rozmowie o prawie do aborcji. A jednak znalazłyśmy naszą wspólną niszę i nagle różnice stały się mniej istotne.


W tym samym okresie oddaliłam się z moją babcią, ponieważ myślimy o świecie na tyle różnie, że sytuacja społeczno-polityczna tylko wzmocniła dysonanse pomiędzy nami.


Dochodzę do wniosku, że teza o zjednoczeniu w sytuacjach zagrożenia czy konfliktu, nie jest błędna, ale wybiórcza. Na pewno nie odniosłabym jej do całej Polski. Raczej do grup albo osób, które już wcześniej nie byłby sobie bardzo odległe, a teraz przymrużyły oczko na niektóre sprawy.


To co mnie zjednoczyło z osobami w Polsce, to sprawy codzienne i zwykłe życie. Są rzeczy, które dotykają nas wszystkich i czasem wystarczy, że na nich się skupię. A nie na tych innych.


W drodze do babci zamykam oczy i zastanawiam się, o czym będziemy rozmawiać. To nie takie trudne. Każda z nas kogoś kocha, każda za kimś tęskni i czasem czuje się samotna. Wszystkim nam zdarza się obierać ziemniaki, a potem podsmażać je z cebulą na oliwie. Wszyscy wiemy, jak smakuje świeży chleb i mamy zdanie na temat tego, czy lepsza skórka, czy może miękki środeczek, który jak było się małym_ą formowało się w kulkę i wkładało do buzi aż zaklejała się cała jama ustna, a ślinianki szalały. Każdy_a z nas wie, co to znaczy nie mieć czystych skarpetek na kolejny dzień i zasuwać do pracy w takich, które wyciągnęło się z dna kosza na pranie.


Dlatego, ze świadomością różnic i pragnieniem zjednoczenia, siadam obok mojej babci, która dryluje wiśnie. Przysuwam do siebie miskę i zaczynam otwierać owoce. Babci idzie szybko. Ja zjadam tyle, że niebawem więcej jest pestek niż miąższu. Rozmawiamy o kształtach bazi wierzbowych stojących na stole i nowym kolorze włosów mamy, który nam obu się bardzo podoba.


Będziemy robić powidła. Dopóki nie zawekujemy słoików, mamy czas na bycie razem bez oceniania, z oddechem. W paplaninie między wnuczką a babcią pojawiają się jęczące ciotki, zepsute zęby, przesłodzony krem na wuzetki, jubiler zza rogu i jego świecidełka, spalone wczoraj krokiety, przyjaciółki z Londynu. I wiem, że to wszystko jednoczy Polskę.


Długo później otwieramy wiśnie z dopiskiem „2021”. Z tą pełną przyjemności słodyczą wrócę do mojego miasta na studia. Tam międzypokoleniowe powidła będą jadły moje kumpele. Ale zanim to się stanie, kanapki z wiśniami trafią razem ze mną na wiejski stół na granicy polski, gdzie pojadę odpocząć. Zostawię pół słoiczka miejscowym, żeby nie dźwigać. Moja mama wydała część pyszności gościom z Ukrainy, a tata zabrał na złom – do swojej pracy.


Wszystkie te osoby pałaszujące powidła, zakochały się w ich smaku, więc darzą też sympatią i mnie, i babcię. I nie pytają już o orientację, wyznanie, kraj, partię, płeć. Może ty też znajdziesz swój przepis na powidła.