Owad w bursztynie

Zawsze wydawało mi się, że Polska to kraj po prostu bardzo zaspany. Trochę jak człowiek na mocnym kacu, który usilnie mruży oczy, uciekając od promieni poranka, jednak prędzej czy później zaakceptuje fakt, że jest to w tym momencie nieunikniony dzień z bólem głowy.


Nie brzmi to jak idealny model rewolucjonisty, w którym Polacy często są przedstawiani. W toku nauki, rewolucję przedstawiono mi jako podniosłą, braterską i spektakularną. I zawsze po tym następowało wytłumaczenie, dlaczego każdy polski zryw, bunt i powstanie nie mogło się udać. Cały katalog polskich porażek nie zmienił jednak romantycznego myślenia, że to Polska właśnie jest ‘Winkelriedem narodów,’ zawsze stojącym w pierwszej linii obrony. Nie ma powodu opisywać tu narodowego kompleksu, bo ten został już szeroko omówiony, w tym szczególnie przez fantastyczną Marię Janion, ale mierzenie sił na zamiary nie jest naszą specjalnością. To braterskie stanięcie ramię w ramię obliczu katastrofy też jawi się wyłącznie poetycko. Mickiewicz wykonał niesamowitą pracę, dowartościowując Polaków i tworząc wzór postępowania na następne wieki, pisząc o mesjanizmie i zbawieniu przez cierpienie. Szkoda, że sam na powstanie listopadowe już nie dojechał.


Dlatego teraz chciałabym zobaczyć rewolucję, na którą każdy zdąży, bo w tej chwili ten kraj jawi mi się jak owad w bursztynie - nieruchomy i blednący. Wojna polsko-polska to nic innego jak frazes. Nie wiem też, czy Polska będzie na rewolucję kiedykolwiek gotowa, chociaż co też gotowość może oznaczać innego niż wystarczająco dużo powodów i chęci, by ją rozpocząć. By wreszcie porzucić tę ostatnio popularną “dziaderskość”, która, jak się okazuje, niezależna od PESEL-u, występuje w każdym środowisku i grupie wiekowej. Trafniej niż Sylwia Chutnik w Gazecie Wyborczej, nikt dziadersa nie opisze - ma on ‘ego z pluszu i cennych diamentów,’ przez co zaskakująco łatwo go urazić walką o prawa człowieka.


Kilka lat temu, po przeczytaniu Prześnionej rewolucji Ledera, mogłam tylko niepewnym uczniowskim kiwnięciem głowy zakomunikować: faktycznie. Teraz wolałabym zobaczyć, że Polska nie została przeorana przez czynnik zewnętrzny. Jesteśmy w wystarczająco dziwnym momencie historii, by zrobić to sobie własnymi rękoma - nie pierwszy raz zresztą. By przełamać polski marazm, by młodzi ludzie mogli stworzyć miejsce, w którym poczują się u siebie, a nie jak goście stosujący się do zasad gospodarza.


Na Strajku Kobiet widziałam transparent z napisem Kobieta delikatna jak bomba. Obok haseł o niespalonych czarownicach, właśnie to jest moje ulubione. Lubię myśleć, że właśnie to był początek rewolucji, bo czy rzeczywistość nie jest właśnie tak delikatna jak bomba. Nie tylko w kontekście prawa do aborcji - chociaż protesty kobiet, będą dla mnie początkiem rewolucji, tej, która wywróci nasze myślenie o nadchodzących latach.


Bo w myślach ta rewolucja już jest, jak pokazują wydarzenia minionego roku - tzw. ZOZO. Do pochodzenia nazwy nie mogłam dotrzeć, może tropem jest czcionka na plakacie Marszu Niepodległości, jak wskazywałaby większość komentarzy. Jednak po wpisaniu do przeglądarki, najczęstszym wynikiem jest jednak demon z tablicy ouija. Właściwie nie byłoby to chybione porównanie, zwłaszcza że rok ten upływa pod znakiem Zooma, którego użycie, według mema, przypomina wzywanie duchów - ciągłe pytanie, czy mnie słyszysz?


Pisząc ten tekst, doszłam do wniosku, że w gruncie rzeczy jest on po prostu strumieniem świadomości. Ale taki właśnie był poprzedni rok. I w związku z tym oznajmiam brak konkretnych oczekiwań co do ZOZI. Chciałabym ‘tylko’ wreszcie zobaczyć rewolucję. Niech będzie ona nazwana obyczajową, ekologiczną, ale chcę zobaczyć faktyczną zmianę w każdym z tych obszarów. Ten ‘cliffhangerowy’ rok powinien być punktem zwrotnym. Dynamika chęci zmian nie powinna zginąć na progu następnego roku, tylko dlatego, że widzimy chwiejną perspektywę nowej, postpandemicznej normy. Potencjał rewolucyjny jest jak bezustanne kłucie szpilką, które końcu staje się nie do wytrzymania i prowadzi do nieodwracalnego wybuchu. Ja swoje kłucie czułam od dawna, doprowadziło mnie ono do wyjścia na warszawskie ulice. Chciałabym też, by te ulice były bardziej zielone, a powietrze czystsze.


Czy sama perspektywa, że zaczniemy realizować to, o czym myślimy, nie jest już dla Polski wywrotowa? Jako urodzona pod koniec lat dziewięćdziesiątych, nigdy nie poczułam, że doświadczam przełomowego momentu. Wszystko, co było do zrobienia, zostało już zrobione, a moje pokolenie może jedynie być biernym odbiorcą tego, czego dokonali ci przed nami. Współczesna rewolucja to hałas i ruch, tak odmienna od chocholego marazmu Polski. Dla współczesnego pokolenia to ideały i wyobrażenia o nich stanowią główny powód buntu wobec pozornie normatywnych i uniwersalnych wartości przodków, kompromisów zapisanych węglem. A przede wszystkim swoista niezgoda na status quo ze specjalną rangą doniosłości. Vintage lubię tylko ubrania i ceramikę, nie sposób myślenia.