Ciemne, odległe planety

Kiedy myślę o wirtualnej rzeczywistości, czuję niepokój. Zastanawiam się, czy też mój lęk jest podobny do tego, którego doświadczyła moja babcia, kiedy wprowadzano na rynek telefony komórkowe? Czy tak właśnie czuła się moja mama, gdy na świecie zaczynał hulać internet, a w Polsce zrealizowano pierwsze połączenie sieciowe z Kopenhagą?


Podczas gdy te i podobne myśli przetaczają się w mojej głowie, niezmiennie wraca do mnie jeden i ten sam problem – w jaki sposób nie torować samym sobą biegu postępu, ale jednocześnie trwać w zgodzie ze swoimi emocjami? Chcę bowiem pozwolić rzece płynąć, doświadczając zrywów jej ożywczego nurtu. A nie w niej utonąć.


Więc zadaję sobie pytanie - co narzędzia wykorzystujące wirtualną rzeczywistość przyniosą kolejnym pokoleniom?


W odpowiedzi znajduję przykłady pozytywne. Przypominam sobie między innymi zestawy VR wykorzystywane przez fundację Otwarte Klatki, które pokazują od wewnątrz, jak wyglądają fermy zwierząt klatkowych. W ten sposób pracują na przyjaźniejszą światu i istotom przyszłość, co dla mnie, jak i dla wielu innych podobnie myślących osób, oznacza szansę nadejścia lepszych czasów. Jednak gdy zaczynam rozpatrywać kwestię wprowadzenia VR-u do codzienności z perspektywy np. kultury i sztuki, widzę teatry oraz galerie, gdzie na wejściu zakładamy specjalne okulary i oglądamy projekcje animacji zamiast żywych aktorów. W tym przypadku zaczynam czuć pewne wątpliwości.


Dlaczego? Ostatni rok wyeksponował moją potrzebę dzielenia sztuki z drugą osobą. Podczas pandemii, częściej niż kiedykolwiek, cieszyłam się spektaklami i wystawami w formie online. Pierwszy lockdown spędziłam, włócząc się wirtualnie od jednego teatru do drugiego. Do momentu aż dłużej już nie mogłam. Powstał we mnie mur emocjonalny, przez który uczucia przeżywane na ekranie nie miały szansy do mnie dotrzeć. Człowiek to stworzenie stadne. I pomimo tego, że ze strachu nierzadko sama unikam intensywnych interakcji społecznych, czuję, że sztukę przeżywa się inaczej, kiedy jest współdzielona. Nie jestem przeciwna jej dostępności w sieci. Wspieram podobne dążenia, ponieważ one sprawiają, że dzieła sztuki wizualnej oraz teatralne czy filmowe sięgają dalej, zataczają szersze kręgi. Jednak nie chciałabym, żeby spotkanie z kulturą było możliwe jedynie w przestrzeni internetowej.


Tylko czy moje dobro jest też Twoim dobrem? Czy mogłoby zostać uznane za wartość uniwersalną? Tego nie wiem.


W ubiegłym roku brałam udział jako wolontariuszka w cyklu wydarzeń, które miały pokazywać, jak widzą otaczający świat osoby z różnego rodzaju niepełnosprawnościami i zaburzeniami. W tym celu twórcy wykorzystali technologię VR. Po założeniu okularów doświadczyło się rzeczywistości, która została stworzona na podstawie kilkumiesięcznej pracy i rozmów z osobami z niepełnosprawnością. I taki rodzaj poszerzenia perspektywy oraz świadomości wydaje się fascynujący, poruszający i przede wszystkim potrzebny.


Ale czy nie wystarczy nam do tego czułości, wręcz dziecięcego uczucia? Prostej empatii, czy też pragnienia zrozumienia tego, co inne? Gdy słyszę wszystkie powyższe pytania, staje mi przed oczami kilkuletnia dziewczynka, którą byłam i która godzinami obserwowała ruchy swojego młodszego brata. Próbowała odtworzyć to, co robił niemówiący, filigranowy chłopiec. Wyobrażała sobie, jakie stworzenia i przedmioty on widzi, skoro w taki sposób się porusza. Machnięcie ręką? To na pewno mucha, która przeleciała tuż obok jego nosa. Przykucnięcie? Chciał przyjrzeć się poziomkom, które rosną między źdźbłami trawy. On je widział, a ja nie, więc je sobie dopowiadałam.


Dlatego ja, kilkanaście lat później, analogowo zamykam oczy. Kładę głowę na zimnej, betonowej powierzchni ziemi. Pozwalam zabrać się snom odległym i głębokim z nadzieją, że przyjdziesz, przyłożysz swoją skroń do mojego ucha i na naszej ciemnej planecie, opowiesz mi o swojej nienamacalnej rzeczywistości.